poniedziałek, 14 grudnia 2009

przyszła zima

i Bazyl się wygrzewa na kuchennym stole

środa, 9 grudnia 2009

jestem fotografem i pracuję jeden dzień w tygodniu

prawda to? niestety to wierutna bzdura :) ktoś to nawet ładnie opisał i zrobił piękny diagram http://www.ispwp.com/the-secret-life-of-wedding-photographers.html


jak to dobrze że kocham tą pracę, męczyłabym się strasznie gdyby tak nie było ;)

wszystkie zamieszczone wypowiedzi w tym artykule są jakby moje, spodobało mi się zwłaszcza określenie Jamie'go Boswortha (...) "where April to November is one long blur" ładniej bym tego nie ujeła :) Moja rodzina i przyjaciele wiedzą że w te miesiące mnie nie ma, odzywam się skruszona zwykle wczesną zimą by znów nawiązać kontakty. Dobrze że jest zima :)

środa, 2 grudnia 2009

i jeszcze raz

STRASZNIE ciężko pracuje mi się nad tą sesją, nie dlatego, że zdjęcia nie wyszły i trzeba je ratować, nie dlatego, że z modelami coś nie tak - bo widać że Marta jest piękną kobietą a Aaron w swoim szkockim stroju wygląda bosko (btw po ich ślubie i weselu gdzie zobaczyłam kilku facetów w takich spódniczkach stwierdziłam że to jest niesamowicie elegancki, męski i seksowny strój ;))

ale dlatego, że patrzę na takie zdjęcie i myślę o tym że w tym jacuzzi z widokiem na ocean pluskałam się nie raz. Oczywiście chciałabym cudownym sposobem znaleźć się tam za chwilę i znów pomoczyć pupę ;)

Praktycznie cała sesja jaką tu pokażę była zrealizowana w hotelu gdzie mieszkaliśmy. A jeśli nie na terenie hotelu to w najbliższej okolicy - np na wydmach zwanych Dunas de Maspalomas. Marta z Aaronem przylecieli do nas na chwilę na zdjęcia, na zbyt krótką chwilę :)

Aaron i 3x Marta :)





czwartek, 26 listopada 2009

wróciłam

wiem że to niemądre ale od powrotu tęsknię za tą pogodą, beztroską i masochistycznie sprawdzam oferty lastminute ;) nie ma to wielkiego sensu bo do następnego wyjazdu ho ho ho ;)


wróćmy do zdjęć, przynajmniej częściowo ;)
ktos kto mnie zna, bądź śledzi tego bloga wie na pewno że uwielbiam koty. Od czasu przeprowadzki do nowego mieszkania myślałam o tym by kot się u nas pojawił i by sprawił by było po domowemu. I tak mijały kolejne miesiące i jakoś się nie składało. Aż do czasu pewnej sesji przedślubnej Karoliny i Andrzeja, chodziliśmy sobie po Warszawie, rozmawialiśmy, trochę zdjęć też robiąc w tzw między czasie ;)






i wtedy spotkałam GO!


miauczał, wyglądał jak kupka nieszczęścia z zaropiałymi oczami, wystającymi żebrami i lokatorami w sierści. Ale nie było wyjścia, Bazyl podbił moje serce - zdjęcia się skończyły, ja wsiadłam do taksówki i pojechałam do domu z małym piszczącym kociakiem. W domu czekał na mnie niezbyt szczęśliwy Maciek... ale to już inna historia ;)




na początku Bazyl przypominał nietoperza, miał wielki łepek, chude nóżki, długi ogon. Teraz jest już zdrowym, odpasionym ;) kociakiem podbijającym niewieście serca. Moja mama która przygarnęła Bzyla pod naszą nieobecność dzwoni teraz codziennie a jej pierwsze pytanie brzmi zawsze - jak tam Bazyl? ;)


ps.

Zapomniałam napisać że na wyspie nie tylko leżałam na plaży i kąpałam się w morzu. Raz czy dwa wzięłam do ręki aparat, efekty pewnie pojawią się na blogu - a na razie zapowiedź :)

wtorek, 3 listopada 2009

poleciała

będzie po 19.XI :) komputera będzie się starała unikać ale na maile co kilka dni odpowie. I tylko piasek, palmy i woda



do zobaczenia :)

niedziela, 25 października 2009

W+R